piątek, 12 grudnia 2014

przytulanie i ciepło tych dni :)

Ostatni rok, ostatni miesiąc, ostatnie dni to dla mnie czas wielkiej pracy.
Ci co podczytują wiedzą, ze jestem przede wszystkim mamą, żoną, kurką domową - SZCZĘŚLIWĄ !!!!
To, że jestem w domciu nie oznacza, że siedzę, popijam kawkę i czekam na moment, żeby dzieciaczki odebrać ze szkoły i przedszkola.
Oj działam kochane, działam i trochę mi doby brakuje :)


Ale bardziej dzisiaj chciałam o przytulankach i tym co sprawia, że serducho mięknie :)
Jak wiadomo czas jest iście piernikowy :)
No przesiąknięta już tym zapachem jestem masakrycznie :)
Najważniejsze jednak piernikowanie odbyło się u mojego średniaka w szkole.
Jako, że lubię wyzwania postanowiłam w komitywie z wychowawczynią utrzymać piernikowanie w tajemnicy przed dzieciaczkami.
Udało się.



Mało tego uszyłam dla wszystkich fartuszki :):):) 21 szt. to dla dzieciaczków i 3 szt dla osób dorosłych :)
Wchodzę do klasy, porozkładałam ciasto, foremeczki, dzieciaczki już tuptają...
A ja pytam kto oglądał "MASTER CHEF-a". No ręce oczywiście stworzyły ogromny las.
A ja dalej gnębię:) A co jest najważniejsze dla tego MASTER-a ???:)
Na to wszyscy: Umyte ręce :):):):) No oczywiście odpowiedź, jak najbardziej poprawna, ale nie o to mi chodziło:)
No to pytam: Cóż Master musi oddać jak przegra??? No i tutaj chórek odparł FARTUCH !!!!!!!!!!!
A ja na to, że mam dla wszystkich taką niespodziewajkę.
Dzieciaki piszczały, panie zakładały, a ja w tym momencie wyciągam te duże i juz zakładam wychowawczyni i pozostałym mamuśkom :) Oj oczy były mokre :):):)
Satysfakcja bezcenna :)
Cała praca poszła w trybie ekspresowym, bo dzieciaki mamy świetnie zorganizowane i w ciągu godziny lekcyjnej ciasto z 2 kg mąki zostało wykrojone i było tego ok 15 blach :)
Świetna zabawa .
Następnego dnia okazało się, że dzieci na lekcji mówiły o wyobraźni i ktoś rzucił hasło, że "mama Radzia ma wielką wyobraźnię" No i godzinę dzieciaki rozmawiały właśnie na mój temat. :):):)
A jak przyszłam po moją pociechę to tłum dzieciaczków ot tak rzucił mi się na szyję na przytulaski i powiedzieli, że mam taaaaaakie wielkie serce dla naszej klasy :)
I jak tu po nocy nie szyć, jak nie chodzić do szkoły, jak te maluchy to takie buziaki kochane :)
A pojęcie wyobraźni "mamy Radzia" wzięło się stąd, bo dzisiaj w naszej szkole jest Jarmark Świąteczny i każda klasa przedstawia rzeczy na aukcję, na sprzedaż... Ja oczywiście  wysiedzieć nie potrafię i zrobiłam drewnianego metrowego anioła :) ( nie zdążyłam obfocić), uszyłam anioła - poduszkę :), do szkoły do przedszkola zrobiłam 1,5 metrową choinkę-kalendarz adwentowy z czekoladkami,


 rustykalną tablicę do pisania z haczykami (pokazana na pierwszym zdjęciu), choineczkę z siatki na kury:):):)


Oj jest tego wszystkiego cała masa :)



A ja jak co roku z apelem tutaj .
Bądźmy dla siebie dobrzy, zwolnijmy, może dobrze byłoby usiąść z dzieciaczkami na ziemi i zagrać w planszówkę. Może nie trzeba tak szorować ...myć i szaleć. Może chwila na spacer, głęboki oddech i odrobina luzu. Święta kiedyś, podkreślam KIEDYŚ to była głównie wyżerka, bo to był jedyny okres, kiedy coś było. A dzisiaj... W sklepach jest wszystko, ale czas... czasu nam brakuje. Więc może zwolnijmy, spójrzmy na osobę obok i uśmiechnijmy się do niej, może miłe słowo, to nie kosztuje, a wprawia w dobry humor wszystkich dookoła.
Przytulajmy się, pokazujmy całemu światu, że życie jest cudne, choć tak krótkie. Za chwilę Twoje dziecko będzie dorosłe i już nie będzie chciało słuchać Twoich bajek, za chwilę ważniejsi będą koledzy, koleżanki i nie będzie chciało chwili na łaskotki, na przytulanki.

Zwolnijmy, bo drugiego takiego dnia nie będzie :)

wtorek, 3 czerwca 2014

A ten czas goni nas :)

Ostatnio zostałam postawiona do pionu, przez moje "dziołchy", które to wpadły na kawkę.
"Babo nic nie piszesz. Wiesz kiedy miałaś ostatni wpis? Na święta Bożego Narodzenia"
Uuuuuuuuuu se myślę, źle ze mną.
Czas czasem, ale żeby nawet zdania skrobnąć, żeby choćby zdjęcia nie wkleić.
Normalnie "wapno" się ze mnie zrobiło okropne, choć przecież do czterdziestki jeszcze trzy lata mam:):):):):):)  Potem niby wolno mi będzie wapnem nasiąknąć :):):)
Po takim czasie to nawet trudno jakiś temat wybrać.
Ogródkowo wiadomo...po prostu pięknie. Pozmieniało się u mnie bardzo.


Twórczo... jeszcze piękniej, bo narzuty poszyłam i część już znalazła nowe domy. Obrus na zamówienie się tworzy, serwetunie poleciały dawno w świat... No cały czas jest co robić.









Krzesła sobie odnowiłam, są tam gdzieś w tle :)


Ale to nadal mnie nie usprawiedliwia, że zniknęłam:)
Tak sobie właśnie myślę, że to nasze życie zapinkala okrutnie.

Korzystam na razie z tego, że dzieci jeszcze są, że jeszcze stosunkowo małe, a przeciez jeszcze niedawno pisałam po prostu małe, bez tego "stosunkowo" :) No ale jak nie użyć tego słowa skoro Olo ma już 12 lat i ani się obejrzymy, a 18 mu stuknie. Oj nie przesadzam, bo nawet  nie wiem, kiedy mi ta 12 uciekła :)



A ze mną ostatnio to chyba tez jakoś tak dołująco, może to menopauza.
No nie śmiejcie się, moja mama przed 40 -ką dostała, a ja własnie dobijam do tej kreski.
Piszę o tym, bo zauważyłam ostatnio, że to nadal taki strasznie ciężki temat, po prostu się go wstydzimy, a przecież to kolejny krok, nie lepszy, nie gorszy (no może jednak gorszy), ale przejść go trzeba. Może po prostu psychicznie musimy się bardziej przygotować i już :)
Ja o tych moich obawach mówię głośno, mówię też o tym, że trzeba się badać, kontrolować, oczywiście nie przesadzać, ale jeżeli coś nas niepokoi to chyba lepiej jest się przekonać wcześniej, co i jak, niż się męczyć i domyślać :)
I tutaj jak zawsze muszę opowiedzieć o sytuacji jaka mnie spotkała u lekarza.
Ponieważ moja mama zmarła na raka jajników w wieku 41 lat, wiem dokładnie jak brak mamy rozwala układ rodziny. Wiem , że to właśnie ta drobna kobieta trzymała w garści całą familię. Wiem, że teraz ja jestem tą, która powoduje, że chce się wracać w te cztery ściany, że dzieci czują się bezpieczne, że są zasady, że jest miłość, radość i szczęście. Oczywiście nie neguję tutaj roli tatusia, ale brak mamy doprowadza do katastrofy. Miałam 19 lat, moja siorka 15 i chyba do dzisiaj się z tym nie pogodziłyśmy, nikt nam nie pomógł, nikt nie "otworzył" tych główek i nam nie poukładał, bo tego się nie da poukładać.
I ja postanowiłam, że na ile mogę, na tyle nie dopuszczę choroby do mojego domu. Co mogę to robię :)
A ponieważ polska służba zdrowia jest taka, a nie inna, wzięłam sprawy we własne ręce. Chodzę regularnie do ginekologa... i co z tego, skoro nikt do tej pory nie zaproponował mi konkretnych badań. Nie ukrywam tego, że mam taką historię rodzinną, wręcz o tym trąbię czekając na rady co robić, żeby się ustrzec, ale jest cisza. Nie myślcie sobie, że trzymam się jednego lekarza. Po drodze było ich czterech, w tym jedna pani.
Sama dowiedziałam się, że powinnam robić raz w roku testy ROMA (oczywiście prywatnie, bo nikt na drogie badania nie chce dać skierowania). Prywatnie chodzę na usg piersi (raz w roku), bo jakoś tak nikt funduszu obciążać nie chce, a na moje pytania czy nie dostałabym skierowania tylko wzruszają ramionami i mówią , ze ciężko jest się dostać i wszędzie robią tylko prywatnie. Najlepsza była ostatnia pani ginekolog :)
Powinna sobie Pani wszystko usunąć - rzecze - my oczywiście nie możemy tego legalnie zrobić, ale załatwi sobie Pani w sądzie taki papier i wszystko będzie dobrze, a my nie będziemy mieli kłopotu, że pani potem zachoruje :):):):):) Dobre co :)
Skierowania na badanie nie może wypisać , bo coś tam... ale dobre rady zawsze w cenie :)
Powiedziała mi jeszcze, ze przecież po trzech cesarkach jestem, to mi to już nie jest potrzebne :)
No niby nie jest mi to już potrzebne, ale to kolejna operacja, no i  generalnie hormony do końca życia.
Ech tak to jest.
A następna (rodzinna) Pani doktor zaskoczyła mnie na równi z ginekolożką.
Poszłam do niej po skierowanie do poradni genetyczne na onkologii (chodzi o profilaktykę)
Powiedziałam jej o mojej prośbie , a ona na mnie naskoczyła, że niby po co ja tam chce iść. Mówię jej o historii mamy i że chciałabym, żeby ktoś wreszcie miał nad tym pieczę, że rozmawiałam już tam z Panią doktor i ona jak najbardziej chciałaby, żebyśmy z siorką się tam zgłosiły. Na to Pani doktor (rodzinna) , że jak każdy tak będzie wymyślał, to oni z pracy już w ogóle wychodzić nie będą. Ja rozumiem, ze można mieć gorszy dzień, ale czemu moim kosztem. No i nie wytrzymałam i powiedziała Pani doktor, że ja jej zawodu nie wybierałam, a jej zadaniem tutaj jest pomóc takim osobom jak ja i nie dopuścić do choroby. Skoro genetycznie jestem obciążona, a przynajmniej chciałabym sprawdzić czy jestem, bo takie badania już też robią, to właśnie po to zapisuję się do tej Poradni i w tym momencie żądam tego skierowania.
Ech tak leczniczo mi się tutaj zrobiło, ale takie właśnie są te moje zwykłe dni :) pełne utrapień, ale przeplatają się z radościami rodzinnymi :) i ogródkowymi  :):):)




Buziaki  i mam nadzieję, ze teraz to się już poprawię :)

wtorek, 17 grudnia 2013

zbliżamy się do finału :):):) proszę przeczytaj do końca


CZAS leci nieubłaganie.
Mnie jak zawsze właśnie tego "Pana" najbardziej brakuje.
Zapodałam sobie multum tematów, zachwyciłam się masą pięknych rzeczy na blogach, ale czas niestety to wszystko weryfikuje.


Nie narzekam, bo i tak uważam, że poszło mi całkiem całkiem :):):)
Wiele z nas zagląda do Joasi z Green Canoe, mam tak i ja :):):)
Zobaczyłam u niej bawełniane lampeczki-kuleczki na sznurze ledowym. Weszłam na stronkę producenta i za sznur z 50-cioma światełkami musiałabym zapłacić grubo ponad 200 zł. Jak na nasz dom, to wydatek wydawał mi się zbyt wielki, w końcu to tylko lampeczki choinkowe w bawełnianych "koszulkach" . No i myśl nastała: ZRÓB TO SAMA !!!!!!!!!
Jak pomyślałam tak i zrobiłam :)
Ponieważ w sklepach brakuje lampek na białych kablach (tylko zielone górują), a jak już się takowe trafiły to cena powalała na kolana, pomyślałam, że zieleń zamaluję farbą w sprayu. U nas w piwnicy wszelakich lakierów jest cała masa, więc i biały się znalazł :) No to zamalowałam :)
Potem zakupiłam małe baloniki na A.... w cenie 5 zł za 500 szt :):):) Kordonek u mnie wszelakiej maści, bo szydełkiem operuję co dnia, więc i odpowiednie kolory się znalazły :) Nawinęłam nici na napompowane balony,



pomazałam rozcieńczonym klejem WIKOL lub MAGIK lub wszelaki inny do drewna ( ważne, żeby potem przeszedł w przeźroczysty) . Kiedy wyschły, bawełniane kulki miałam gotowe. Nałożyłam na żaróweczki, przeciągnęłam igłą z z nicią i już . MAM I JA !!!!!!!! Będę na bank po świętach robiła do pokoju chłopaków w innych odcieniach :) wychodzi cudnie :)





Świąteczne ozdoby to przede wszystkim girlanda kominkowa,




choinka przed wejściem (skończona wczoraj wieczorem, więc jeszcze nie mam zdjęć), niecodzienny wianek :):):)


U mnie w tym roku dominuje jak zawsze czerwień, ale także srebro i odrobina zieleni. Na razie trochę surowo, ale jak stanie choinka to zrobi się na maksa kolorowo i motywy przewodnie zaraz znikną. Chłopaki by mi nie darowali, żeby choinka nie rozbłysła ferią barw. Dla nich liczy się moc kolorów wszelakich :):):) tutaj wtrącać się nie mogę :)


Kalendarz tez zrobiłam trochę inny niż zawsze, bo bez cyferek, otwierają woreczek za woreczkiem :):):)




Popiekliśmy tez pierników, choć połowa dawno już poznikała, to jednak ostała mi się jedna puszka, co to ją schowałam za wczasu. Ale moje "wąchacze" łażą i niuchają, bo wiedzą, że przecież mama nie dałaby zjeść wszystkiego :)


W tym roku zrobiłam sobie również (po raz pierwszy, bo zawsze tylko na zamówienia) zazdroski z choinkami i reniferkami :) w końcu mam i ja :)


Sporo rzeczy mi się w tym roku udało zrobić, bo jeszcze kończę szydełkowe prezenty :):):)
Uwielbiam ten czas :)
Na dzisiaj to chyba byłoby na tyle.
Chciałabym wam kochani złożyć życzenia wypełnione ciepłem, miłością i cudną rodzinną atmosferą.
By spełniały się marzenia, by zdrowia było tyle, że będziemy mogli obdarzać nim wszystkich chorych :)
Życzyłabym sobie, żebyśmy byli lepsi dla siebie nawzajem, żebyśmy spojrzeli na drugiego człowieka i nie myśleli o nim negatywnie tylko wybierali same dobre jego cechy i nie ważne, ze go nie lubisz, ze Ci się nie podoba, ze Cię denerwuje. WYHAMUJ, USPOKÓJ SIĘ przecież to najpiękniejszy czas w roku. Czas, kiedy powinniśmy się wzruszać nawet drobnostkami, kiedy spokój i miłość wypełnia każdego.
Ja wiem, że bieganina po sklepach, ale może tym razem z uśmiechem na twarzy.
Na zakończenie opowiem moją tegoroczną historię, która doprowadziła mnie do łez i sprawiła, że i ja się opamiętałam z tym szaleństwem.
Byłam w Lidlu, przeszłam przez kasę załadowana, zostawiając spore pieniądze, bo przecież musimy jeść, każdy musi mieć wypasiony prezent....
Gdy pani kasjerka (dodam bardzo miła) mnie podliczała, ja skupiłam się na parze, która stała przy sąsiedniej kasie.
Były to starsze osoby. Ubrane w stare, zużyte ciuchy, niezbyt zadbane (takie pierwsze spostrzeżenia) . Pewnie dostali jakieś pieniążki z opieki, bo kupowali sporo : mleka, makarony, kasza, ryż, trochę kiełbasy, trochę środków czystości, wszystkiego trochę. Mnie zapłacenie mojego rachunku nie przysporzyło najmniejszych kłopotów, dla nich... No cóż... usłyszałam nagle, ze Pani kasjerka mówi do nich oschle i wyniośle, że muszą coś odłożyć, bo nie mają tyle pieniędzy. Widzę na ich twarzach dylemat, bo przecież wszystko jest potrzebne. Ona, że przez nich musi teraz wezwać kogoś tam, żeby wycofać transakcje, a przecież czas.. a przecież ludzie w kolejce... a przecież jej praca.... I widzę tego przygarbionego staruszka, jak pod wpływem jej słów garbi się jeszcze bardziej, jak pod wpływem wzroku innych jest mu wstyd, że przecież oni czekają, a on taki nijaki czas im zabiera.
Szybko zapłaciłam za swoje,. prawie pobiegłam do tamtej kasy. Serce miałam ściśnięte z bólu, że tak można człowieka potraktować, waliło mi jednocześnie ze złości na nich wszystkich. Zapytałam szanowną panią ile Państwu brakuje (ona do tej pory zwracała się do nich na TY). Odpowiedź mnie poraziła, bo chodziło o 22 zł. Dla mnie to niewielka kwota, dla nich to rezygnacja z potrzebnych rzeczy. Zapłaciłam.
Odwróciłam się i zaczęłam płakać, bo ja pamiętam jak może być ciężko, jak po śmierci mamy nie brałam do szkoły śniadania, żeby moja młodsza siostra mogła wziąć kromkę chleba z masłem. Pamiętam....
Płaczę i teraz, bo ten Pan podszedł do mnie ... widziałam jak było mu ciężko to zrobić, ale przełamał się. Bardzo mi dziękował, mówił, że będzie się za mnie modlił. Zażartowałam, że wolałabym, żeby modlił się za trójkę moich smyków, uśmiechnął się wesoło i orzekł, że w takim razie modlić się będzie za wszystkich.
Ja będę miała cudne święta, a WY???
Buziaki

sobota, 26 października 2013

wczasy 2013 - SUPETAR Chorwacja



Post, który miał powstać już ponad miesiąc temu.
Ale wrzesień minął chorobowo i przede wszystkim szkolnie :) no i jakoś tak cały czas brakowało tej chwili na nowego posta :)
Teraz też ręce mi opadają ze zmęczenia .
Moje kochanie wyjechało się integrować z kolegami z pracy :):):), a ja korzystając z chwili i przepięknej pogody machnęłam dzisiaj wszystkie okna (sztuk 8), zmieniłam wystroje we wszystkich pomieszczeniach :):):), bo czymże byłoby mycie bez takich zmian.
Przyznam się szczerze, ze uwielbiam czyszczenie szybek, a to właśnie dlatego, że potem aranżuję na zupełnie inne moje wnętrza :):):)
No i jeszcze dzisiaj zabrałam moich milusińskich na wycieczkę rowerową po lesie, oj pięknie było.
Dobra, dobra, ale miało być o wczasach, a ja tu o moim hobby piszę :):):)


W tym roku pojechaliśmy po raz pierwszy do Chorwacji, wybór padł na wyspę Brać, bo teren został wcześniej spenetrowany przez moją sisterkę, więc ze spokojnością wyruszyliśmy.
Podróż "do" trwała około 12 godzin, potem przeprawa promem 50 min


 i juz jesteśmy na miejscu.
Opis miejsca zawierać się będzie w kilku słowach: przepięknie, rodzinnie, spokojnie.
Zależało nam na miejscu klimatycznym, gdzie nie ma tłumów, gdzie dzieci będą miały swobodę, a my odrobinę spokoju.










Nie cierpię miejsc pełnych dyskotek, szalejących motocyklistów i masy ludzi.
Trafiliśmy w dziesiątkę, jeżeli chodzi o nasze preferencje :)
Mieszkaliśmy prawie przy porcie, do plaży z płytką wodą na wygłupy z dziećmi mieliśmy może 5 min pieszo,


 a do głębinowej plaży ledwo rzut beretem :).




 Była też i trzecia plaża, do której szliśmy około 15-20 min, ale było warto.Dlatego cały drugi tydzień właściwe na niej spędziliśmy.



Po pierwsze na plaży mało ludzi, po drugie dno nie było spenetrowane i można sobie było cuda pooglądać :) Piszę o tym, bo nurkowanie wciągnęło mnie zupełnie, normalnie się zakochałam :):):)
Po trzecie przy plaży (prawie na plaży) był plac zabaw i gdy dzieci chciały odpocząć od słonka, to w cieniu drzew zawierały swoje pierwsze obcojęzyczne znajomości :)
I tutaj muszę przyznać ze zdziwieniem, że z nami Polakami nie jest tak źle. Okazało się (to są spostrzeżenia, które trwają od blisko dwóch lat, gdy sobie jeździmy), że nasze dzieci (ogólnie mówię o Polakach) świetnie potrafią zacząć gadkę po angielsku, ale dzieci "zagraniczne" normalnie masakra. Nawet się przedstawić nie potrafią. Nasi chłopcy , wiadomo też nie mają płynnej gadki, najgorsze było się przełamać, ale z dzieciakami nie dało rady zagaić jakiejkolwiek rozmowy, więc jak zawsze sprawdziła się metoda na "migi" :):):):)


Oj pięknie było, tylko ceny....
Ja to z tych ciekawskich jestem i jak gdzieś jadę to lubię pokosztować tego co regionalne. Oj i zapłacić za to musiałam słono, ale się opłacało, bo ser ... szyneczka wędzona z baraniny, orechowica, prażone migdały.... pychotka !!!!!!!!!!!!




Mieliśmy tez taki nasz prywatny układzik.
W drugim tygodniu umówiliśmy się, że każdy organizuje jeden dzień, a cała reszta musi się podporządkować.
Ja wymyśliłam wycieczkę na BOL. Niby cud natury, niby najpiękniejsza plaża.
Jak dla mnie, cieszę się, że widziałam, ale już tam nie wrócę, bo nie ma po co :) Ludzi masa, ceny za parkingi masakryczne, kamienie takie jak na kazdej innej plaży.





Potem Olo wymyślił dzień LENIA, czyli każdy robi co chce :)
Kolejny był Radzio. I ten dzień zostanie zapamiętany do końca życia.
Chłopak uparł się, że jak będzie jego dzień to idziemy na wycieczkę do LIDL-a :):):):) (ok 2 km) i z powrotem :)
Dzień jako jedyny był pochmurny, ciężkie niebo. Myślę sobie : będzie padało. Przekazuję tę myśl organizatorowi, ale ten nie słucha :)
Mówię ok.
Ubieram chłopaków w kurtki przeciwdeszczowe, ja i moje kochanie zabieramy parasol.
Wychodzimy... kropi.
Zamykamy naszą furtkę.... leje .


Dochodzimy do pierwszego skrzyżowania... ulicami płynie rzeka sięgająca kostek.


Organizator jest nieprzejednany i zarządza dalszy "spacer".
Myślę sobie: jest ciepło, mokro, mam parasol..... No i chwyciło mnie, chwyciło moje pociechy, chwyciło moje kochanie, szaleliśmy śpiewając "Deszczową piosenkę", tańczyliśmy, wariowaliśmy :):):) ludzie patrzyli na nas jak na obłąkanych. Wszyscy uciekali, a my krok za krokiem w euforii.



Ale nam minęło przy lidlu.
Zerwał się wiatr i tak wymarzliśmy, że po drodze obowiązkowo kupiliśmy miodek, cytryny, dla dorosłych piwko. W domciu dzieciaczkom gorąca herbata, a dorośli ratowali się grzanym piwkiem z miodem, cytryną :):):):)
A popołudnie już spędziliśmy na plaży, opalając się w słoneczku :)



Oj działo się, działo :)
Poza tym trzeba przyznać, że końcówka sierpnia to idealna pora. Temperatura tylko raz doszła do 32 stopni, cały czas ok 28-29. A noce takie, że musiałam się delikatnie okrywać, bo gdy zawiało to troszkę chłodno było. No po prostu odpoczęliśmy na maksa :)
O powrót nie pytajcie, bo moje kochanie mało szału nie dostało, bo na autostradzie w Chorwacji były dwa wypadki i w korku utknęliśmy na 3 godziny, przy trójce dzieci na tylnym siedzeniu.... masakra.
Tak więc w przyszłym roku zaplanowaliśmy MAZURY ))))))
Na dzisiaj to już wszystko :) gdyby ktoś miał jakieś konkretne pytania... nie ma sprawy, odpowiem :)
Buziaki.

Jeszcze tylko kilka pstryków.
Oto SPLIT:





Oto ja, okrzyknięta przez chłopaków Sofią Loren :)



Oto nasza uliczka, a na jej końcu nasz domek :)


Parę fotek rodzinnych :)





I Pan PALACINEK, czyli twórca niezapomnianych naleśników :)